dd
Inspirujące Kobiety Sukcesu Oferta Custom Publishing/Public Relations
Magazyn Okazje w sklepie PrezesKa!
Wzrusza mnie dobro, które nie szuka poklasku – wywiad z aktorem, Arkadiuszem Gołębiowskim

Na jakie kobiety zwraca szczególną uwagę? Czego sam chciałby nauczyć się od dzieci, którym tłumaczy tajniki aktorstwa i dlaczego śmieszą go „spalone dowcipy” – o tym i nie tylko rozmawiamy z aktorem o wyjątkowym głosie, czyli Arkadiuszem Gołębiowskim.

Beata Rayzacher: Arku, tak patrzę na Ciebie i zastanawiam się, czy jeden z najprzystojniejszych polskich aktorów dałby „dla roli” całkowicie się oszpecić? 🙂 Która z „oszpeconych” gwiazd Hollywood wywarła na Tobie największe wrażenie?

Arkadiusz Gołębiowski: Jeżeli postać grana przeze mnie wymaga, jak to nazwałaś „oszpecenia”, to… zrobię to bez wahania (śmiech). Na tym także polega zawód aktora. Zwykle jednak to oszpecanie wygląda tak: ścinamy włosy do samej skóry, robimy szramę na policzku, przyklejamy wąsy. A aktor chciałby iść krok dalej. Na przykład, żeby „jego” bohater choćby jeszcze się… jąkał. No i wtedy najczęściej odpowiedź : „Nieeeee!”. Jest dobrze tak, jak jest. I jak tu zagrać, skoro „jest dobrze tak, jak jest”? Dla mnie zawsze fascynujące jest, żeby móc się wcielić w postać diametralnie różniącą ode mnie. Nauczyć się jej wcześniej. Włożyć w nią wszystkie znane i nieznane gesty. To jest trudna, ale jednocześnie wspaniała przygoda. Poznaje się siebie, swoje własne nawyki. Oducza się ich na chwilę, żeby móc stać się kimś zupełnie innym. I w tym zawodzie to jest właśnie przecudowne, szansa na zmierzenie się z przeciwnościami. Własnym oraz reżyserskim spojrzeniem na daną postać. Wtedy, kiedy mamy być sobą, bo „jest dobrze tak, jak jest”, praca staje się zgodna z tezą, że rola jest „po warunkach”, co często spłyca jakość naszej pracy. Wracając do dalszej części pytania, kogo najbardziej cenie za jak to nazwałaś „zeszpecenie” to jest to pierwsza kreacja Michaela Fassbender w Hunger, gdzie schudł do kilku scen około 25 kg… i wyglądał strasznie. Druga to Christian Bale i jego wspaniała rola łysiejącego grubaska w American Hustle. Taki komfort na dopracowanie postaci wymaga jednak czasu, a w Polsce często decyzja o zagraniu w jakimś filmie zapada na 2, 3 tygodnie przed zdjęciami… jeśli nie zaledwie 2 dni wcześniej.

(BR): Wybrałeś bardzo trudną branżę – konkurencja bywa bezkompromisowa, aktorzy czy to do seriali, czy filmów wybierani są często według zaskakującego klucza… Nie miałeś nigdy wątpliwości, czy to była słuszna decyzja? A jeśli się pojawiły – jak sobie z nimi radziłeś? Pytam nie bez powodu – znam wiele właścicielek firm, które też mierzyły się z własnymi wątpliwościami krocząc po ścieżce zawodowej…

Arkadiusz Gołębiowski: Tak. Bardzo często pojawiają się różnej natury dylematy. Czy rola jest zgodna z moim światopoglądem? Czy nie urażę kogoś?  Wreszcie, czy podołam takiej propozycji? Najczęściej dylemat mija, kiedy słyszę magiczne słowo „akcja”. Wtedy nie ma czasu na zastanawianie się, wtedy najważniejszą cechą staje się „be confidence” – pewność. Bo właśnie ta pewność nadaje roli charakter oraz także w pewnym sensie jest gwarancją naturalności postaci. Myślę, że obszar decyzyjności musi być w zgodzie z własnymi przekonaniami i zasadami, którymi kierujemy się w życiu. Kilka razy próbowałem te zasady obejść czy też złamać, ale efekt był nie do końca dla mnie zadowalający. Uważam, że efekt tej niezgody może być przyczyną frustracji lub też obwiniania siebie za coś, co nie wyszło. To bardzo wygodne dla mojego „ja”, kiedy mogę śmiało powiedzieć: „Nie wyszło, jak chciałem, ale dałem z siebie wszystko”.

(BR): Wiem, że odkrywasz nowe pola aktywności – m.in. pracę z dziećmi i młodzieżą, uczysz aktorstwa w prywatnej szkole musicalowej. Skąd taki pomysł? Co, jako aktorowi, daje to nowe wyzwanie?

Arkadiusz Gołębiowski: To prawda, uczę młodzież w sieci placówek Broadway Musical School. Mają naprawdę świetnie sprawdzony system nauczania. Jest to miejsce do którego z chęcią przychodzę. Za każdym razem te spotkania z dziećmi są ciekawe i bardzo inspirujące. Dzieciaki są spontaniczne i szczere, nie mają barier przypisanych „dorosłości”. Można się wiele od nich nauczyć. Cudownie jest widzieć, jak dzieci robią postępy pracując nad rolą, przełamują swoje bariery. Przy okazji wspanialej zabawy mogą się nauczyć czegoś, co zostanie im być może do końca życia. Szkoła przygotowuje musicale, gdzie dzieci i młodzież mogą wyjść na prawdziwą scenę teatralną, z garderobą, charakteryzacją, kostiumami, biorą udział w prawdziwym przedstawieniu. Uczą się pracy zespołowej, a efekt? Uwierz mi, nie ma nic bardziej wzruszającego i porywającego niż dzieci na scenie śpiewające o spełnieniu marzeń.

(BR): Twoja praca polega na żonglowaniu emocjami. W pracy można udać gniew, smutek, radość… A jak radzisz sobie z emocjami w życiu prywatnym? Co potrafi do łez rozśmieszyć Arka Gołębiowskiego, co wzruszyć, a co mocno zasmucić?

Arkadiusz Gołębiowski: Gdybym sobie radził w życiu prywatnym z emocjami, oznaczałoby to, że ciągle gram, a moja życiowa spontaniczność sprowadza się do wystudiowanych schematów. A tak… przynajmniej coś się dzieje: „Raz jest tęcza, raz kłopotów jak z naręcza”. Uwielbiam humor sytuacyjny. Taki, jakiego w życiu doświadczamy często, a przeniesienie go na scenę jest ogromnie trudne. Opowiedzenie o nim także, bo zwykle wtedy mawiamy: „Szkoda, że Ciebie nie było, bo to trudno opowiedzieć”. Właśnie ten jedyny w swoim rodzaju, niepowtarzalny i tak ulotny humor śmieszy mnie najbardziej. Dużo bardziej niż słowne dowcipy. Choć bardzo śmieszą mnie dowcipy spalone czy takie nieumiejętnie opowiedziane. Tak samo jest z sytuacjami, które mnie wzruszają, np. dobro, które nie szuka poklasku. Spontaniczne i bezinteresowne, przynoszące radość, a czasem nawet łzy radości.

(BR): O atrakcyjnych kobietach mówi się, że mają w życiu, też tym zawodowym, łatwiej… A jak jest z mężczyznami i to w branży filmowej? Czy aparycja niesie za sobą ryzyko zaszufladkowania? A może pomaga?

Arkadiusz Gołębiowski: Pomaga. Zgodzę się z Tobą. Pomaga ludziom świadomym tego. Tym, którzy potrafią z tego atrybutu uczynić walor zawodowy i czerpać z niego jak najwięcej. Wzbudza to u mnie ogromny szacunek. Jeśli jednak pojawi się w tym schemacie jakaś niepewność, zwątpienie w ważność tego atrybutu, wtedy zaczynamy walkę o to, aby udowodnić, ze to nie tylko atrakcyjne opakowanie. Że jest coś więcej i „w środku” mamy też inne zalety, które warte są uwagi. Choć i tak nie udowodnimy niedowiarkom, ale zawsze warto spróbować. W moim zawodzie to dbanie o wnętrze wygląda czasem tak: „Masz wyjść na scenę zza zastawki, podczas przejścia mówisz swoją kwestię, potem odwracasz się i popitalasz bananem w lewo… Akcja!!!” I gdzie tu wnętrze? 🙂

(BR): Popitalasz bananem?!

Arkadiusz Gołębiowski: (śmiech) To w naszym żargonie chodzenie po łuku, może być z uśmiechem, ale nigdy nie gwarantuje zadowolenia reżysera…

(BR): Masz do siebie ogromny dystans, poczucie humoru, jesteś duszą towarzystwa. Jednym słowem… facet na wagę złota 🙂 A jakie kobiety przykuwają wzrok Arka Gołębiowskiego? Na co zwracasz szczególną uwagę?

Arkadiusz Gołębiowski: Ona… w czerwonej sukience z pięknym uśmiechem. Czerwona pomadka na pełnych ustach, delikatne szpilki na stopach, powoli wysiadająca z najnowszego Mustanga kupionego za gotówkę… (śmiech). No dobrze, to był kadr z filmu. A poważnie, moją uwagę zwracają kobiety z pasją. Takie, na których twarzach widać radość z pasji tworzenia. Zauroczone swoją pracą. Pewne i świadome tego, że mogą wiele osiągnąć. Stąpające jedną stopą po twardej ziemi, a druga po chmurach. Potrafiące zarazić swoim spojrzeniem na świat, z wiarą i fascynacją w duszy oraz chęcią ulepszania świata. Z całą kolekcją zalet kobiecości: delikatnością, dobrocią, tkliwością oraz… „temperamentnym” dbaniem o swoje terytorium. Wtedy mógłbym zostać tym terytorium i uznałbym aneksję…

Fot. Jarek Sadkowski

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *